Wakacje to też czas lenistwa

Zwiedzam i zwiedzam, fotografuje piękne plaże, patrzę tęsknie na cudowne morze i cały czas myślę tylko o tym jak bardzo musi być ciepłe i jak przyjemnie byłoby się w nim zanurzyć. A nie mam czasu. Bo ciągle tylko dalej i dalej. Cały czas biegiem bo nowe miasto, nowe miejsce. A zaraz będę wracać i w ogóle nie odpocznę na plaży... Tak nie może być!

Autobus z Santa Maria di Leuca do Gallipoli ma cudowną trasę. Przez większą część drogi jedzie się wzdłuż morza i naprawdę cały czas siedziałam z nosem przyklejonym do szyby. Morze miało przepiękny kolor, plaże były częściowo kamieniste, ale przede wszystkim puste! A ja siedziałam w autobusie zamiast leżeć na piasku albo pluskać się w wodzie... Jechałam i jechałam i coraz bardziej rosła we mnie chęć żeby wysiąść i pobiec na jedną z tych plaż... No ale jeśli chciałam gdzieś dojechać to nie mogłam tego zrobić bo moje kilka godzin na plaży skutkowałoby całkowitym zawaleniem planu. A byłam zbyt daleko żeby sobie na to pozwolić. Łamanym włosko-angielskim podpytałam kierowcę czy w Gallipoli też są takie piękne plaże. Usłyszałam, że jakieś tam są, ale pewnie będzie więcej ludzi. Takie naprawdę ładne to znajdują się na obrzeżach albo ewentualnie w okolicy Porto Salvaggio. Tę miejscowość już znałam i wiedziałam, że jednak jest trochę za daleko, ale miałam nadzieję, że chociaż w okolicy miasteczka coś uda mi się znaleźć :)



Z Leuci do Gallipoli jedzie się około 1,5 godziny i bilet kosztował mnie 2,50 euro. Wysiadłam na dworcu autobusowym i pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było sprawdzenie czy będę miała jak dojechać do Nardo - miejscowości, w której miałam nocować u jednego z użytkowników couchsurfingu. Sprawdzając wcześniej w Internecie wiedziałam, że raczej nie będzie autobusu, który zawiezie mnie tam w niedzielę po południu. Ostrzegłam więc mojego gospodarza i powiedział, że jeśli naprawdę nie będę miała jak dojechać to mnie odbierze, bo jest to stosunkowo blisko, około 30 minut samochodem.
Oczywiście o autobusie nikt nie słyszał :) Dogadałam się z Alessandro (to nie ten co z Lecce :) ) że zabierze mnie późnym popołudniem. Miałam praktycznie cały dzień na zwiedzanie i MUSIAŁAM wcisnąć w mój plan plażę!



Na szczęście zwiedzanie Gallipoli koncentruje się na Starym Mieście. Nowa Część Gallipoli nie zachwyciła mnie na tyle by tam pozostać dłużej. Jeden jedyny kościół, który wzbudził moje zainteresowanie był zamknięty więc postanowiłam, że wracając spróbuję go odwiedzić. Natomiast Stara Część to zupełnie co innego. Umieszczona na wyspie, otoczona murem, widoczna z daleka robi duże wrażenie. Zanim jednak tam poszłam, weszłam do pierwszej lepszej lodziarni i jak codziennie kupiłam porcję lodów. Zadowolona i z mocnym postanowieniem na w miarę szybkie zwiedzanie, ruszyłam przez XVI-wieczny most do drugiej, starszej strony miasta.



Zaczęłam od samego początku czyli od zamku - Castello di Gallipoli. Budowla jest bardzo ładnie zachowana. Najbardziej podobało mi się w podziemiach bo było przyjemnie chłodno ;) i na murach bo rozciąga się przepiękny widok na całe miasto i morze.





Dalej, pustymi (jak zwykle) uliczkami spacerowałam w kierunku katedry św. Agaty. Wszędzie tak pięknie. Chyba o każdym mieście tak piszę, że te uliczki takie piękne, że jest tak spokojnie, malowniczo. No, ale serio tak jest. Za każdym razem mnie to zachwyca, za każdym razem mogłabym fotografować suszące się na wietrze pranie, owoce i warzywa na straganach, pięknie ozdobione balkony. Tak bardzo mi się to podoba i mimo, że praktycznie zawsze wygląda podobnie to w ogóle mnie to nie nudzi :)
Barokowa katedra zachwyca z zewnątrz, ale przede wszystkim wewnątrz. Na zewnątrz piękna fasada i wieża, w środku niesamowite malowidła na ścianach i sklepieniu.







I właściwie to tyle tego zwiedzania. W międzyczasie na mapce odkryłam, że na "wysepce" ze Starym Miastem znajduje się plaża miejska o uroczej nazwie La Purita. W języku włoskim jej nazwa oznacza czystość. Spodziewałam się, że czystość w centrum miasta to może być nie do końca to samo co na jego obrzeżach, ale szczerze mówiąc nie było tak źle. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Albo ja po prostu byłam już tak stęskniona za piaskiem i morzem, że na niektóre rzeczy nie zwracałam uwagi. I co najważniejsze, jak na miejską plażę było tam naprawdę mało ludzi. Rozłożyłam rzeczy nad samą wodą, przy jakiejś rodzinie i nie wiele myśląc pobiegłam do morza.

Jeju. Jak ja tego potrzebowałam. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak bardzo. Cały czas byłam nastawiona na miasta, uliczki, kościoły, zamki, ogólnie na zwiedzanie i zapomniałam chyba, że odpoczynek na wakacjach to też plaża. Nie jestem osobą, która jest w stanie spędzić na niej dłużej niż kilka godzin, ale ciężko mi sobie wyobrazić wyjazd do Włoch, Hiszpanii czy jakiegokolwiek innego ciepłego kraju bez wejścia do wody i poplażowania chociaż przez chwilę.

Chociaż plażowanie to chyba za dużo powiedziane bo większość czasu po prostu spędziłam w morzu. Nawet się nie opalałam. Leżenie na słońcu to zupełnie nie dla mnie, ale ciepła, a jednocześnie w stosunku do temperatury powietrza, przyjemnie chłodna woda to zdecydowanie jest to, co lubię!
Z plaży La Purita widać też wysepkę Sant'Andrea, na której znajduje się latarnia morska. Jest możliwość by popłynąć tam promem z Gallipoli, nawet to rozważałam, ale doszłam do wniosku, że zajmie mi to za dużo czasu i wolę jednak spędzić te kilka godzin na plaży.



Po jakichś 3 godzinach musiałam już się zbierać na umówione spotkanie z Alessandro. W drodze powrotnej, zaraz za mostem zatrzymałam się jeszcze przy greckiej fontannie, która według niektórych powstała w III w.p.n.e. Jeśli to prawda to jest całkiem nieźle zachowana, jedyne co jest mocno widoczne to zniszczone przez czas i wiatr kamienie, z których ją zbudowano. Odwiedziłam też Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, który tym razem na szczęście był otwarty i mogłam zobaczyć jak wygląda w środku. Na uwagę zasługują tam przede wszystkim mozaiki.






Mój gospodarz, Alessandro, okazał się osobą bardzo sympatyczną i spokojną. Trochę nie pasowała mi jego osobowość do Włochów, do których przywykłam. Tamci byli bardzo żywi, można powiedzieć, że wszędzie ich było pełno, wnosili trochę pozytywnego chaosu do świata. A Alessandro podchodził do wszystkiego ze spokojem, bez pośpiechu. Jak tylko się spotkaliśmy powiedział, że zabierze mnie na niewielkie wzgórze w okolicy gdzie zobaczę najpiękniejszy zachód słońca w tym rejonie. I naprawdę miał rację!




Później podjechaliśmy do niego do domu żebym mogła zostawić rzeczy zanim pojedziemy do pobliskiej miejscowości Santa Caterina. Alessandro ma fantastyczne mieszkanie pełne pamiątek po niezliczonych podróżach. Na każdym kroku widać symbole różnych miejsc, flagi, charakterystyczne dla danego miejsca drobiazgi! Był nawet w Polsce - w Krakowie i Oświęcimiu. Z racji podobnych zainteresowań mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów :)

Santa Caterina okazała się malutkim miasteczkiem wypełnionym po brzegi turystami. Jeszcze dodatkowo odbywał się tam jakiś jarmark... Ja natomiast po całym dniu spędzonym na słońcu i w morzu byłam zmęczona i niezbyt chętna żeby przebijać się przez tłumy ludzi. Także tylko przeszliśmy się po nabrzeżu, zjedliśmy po dużej porcji lodów i wróciliśmy do domu. A i tak było już późno. Alessandro obiecał podrzucić mnie do Lecce następnego dnia. Stamtąd miałam już jechać w kierunku Bari. Powoli kończył się mój czas pobytu we Włoszech. Czas wypełniony intensywnym zwiedzaniem, nowymi doświadczeniami, znajomościami. Ale też czas odpoczynku, relaksu, lenistwa. Zatrzymania się na chwilę w tym pędzie i po prostu poleniuchowania. Bo przecież po to są też wakacje!












Komentarze