Weekend w Londynie

Latam i latam po tym świecie, a nie byłam w jednej z największych i najbliżej położonych od Gdańska stolic! Londyn. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale jak do tej pory nie udało mi się tam trafić. A przecież loty z Gdańska są codziennie. I to nawet dwa razy, rano i wieczorem. Skoro tak to przyszedł najwyższy czas by to zmienić. Postanowiliśmy z Adrianem wybrać się na weekend i chociaż trochę poodkrywać miasto.


Wylądowaliśmy na lotnisku Londyn Luton w piątek wieczorem. Z Gdańska na to lotnisko lata Wizzair, natomiast dzięki linii lotniczej Ryanair możemy dostać się na inne lotnisko - Londyn Stansted. Nocowaliśmy u rodzinki. No właśnie, mam rodzinę w Londynie i zupełnie nie rozumiem dlaczego do tej pory nie było kiedy ich odwiedzić! Najważniejsze, że w końcu się udało :)

Jedno i drugie lotnisko położone są poza Londynem, a dojechać do nich można autostradą biegnącą obrzeżami miasta. W związku z tym nie mieliśmy możliwości zobaczenia Londynu nocą w piątek. Prawdziwe zwiedzanie rozpoczęliśmy dopiero w sobotę z samego rana.

Z czym kojarzy się Londyn? Z rodziną królewską, słynnym "tea time" o 17 każdego dnia, czerwonymi autobusami i budkami telefonicznymi, z London Eye, z deszczem... Można by wymieniać i wymieniać. Z czym, oprócz tego wszystkiego, mnie się kojarzy? Z Harry'm Potter'em! Akcja opowieści o najsłynniejszym czarodzieju toczy się, między innymi, właśnie w Londynie. W całym mieście można znaleźć mnóstwo miejsc, które odegrały istotną rolę w filmach takich jak chociażby dworzec King's Cross. I to od tego miejsca zaczęliśmy nasze poranne, sobotnie zwiedzanie.


Czy łatwo trafić na dworzec? Bardzo! Jest to jeden z głównych dworców w Londynie. Bez problemu dojedziemy tam metrem lub autobusami. Wchodzimy do środka i szukamy słynnego peronu 9 i 3/4 wśród wszystkich 11, które się tam znajdują. Z tym również nie ma problemu. Będzie tam mnóstwo ludzi! Bardzo, bardzo dużo. Wszyscy czekają by zrobić sobie zdjęcie z wbitym do połowy w ścianę, wózkiem. Fani Harry'ego wiedzą o co chodzi ;) Jak przystało na prawdziwych pasjonatów (przynajmniej ja!) grzecznie podeszliśmy do kolejki. Okazało się, że to jest tylko jej mała część, a reszta i przy okazji jej koniec znajduje się na zewnątrz budynku. Obsługa dworca nie chce paraliżować wnętrza dworca i tłumy fanów wysyła na dwór. Obie kolejki są nadzorowane i gdy tylko w środku ktoś zrobi upragnione zdjęcie i odejdzie, odpowiednia ilość osób z zewnątrz wchodzi na to miejsce. Sprawnie i sprytnie. Staliśmy i czekaliśmy 1.5 godziny. Półtorej! Ale prawdziwi fani muszą. I prawdziwi fani to zrozumieją :)!



Obok ściany z wózkiem znajduje się sklepik z mnóstwem gadżetów z filmu czy książki. Znajdziemy tam czekoladowe żaby, latające złote znicze, ubrania, kubki, różdżki... Wszystko! Prawdziwy raj i zabieracz czasu. A, zmieniacze czasu też są. Jakby ktoś się zasiedział ;)



Już jak staliśmy w kolejce na zewnątrz to zaczęło padać. A potem rozpadało się na dobre. Taka pogoda w Londynie :) No nic, byliśmy przygotowani, sprawdziliśmy wcześniej pogodę i wiedząc, że planowany jest deszcz to tak ułożyliśmy zwiedzanie, żeby jak najwięcej czasu spędzić w pomieszczeniach. Naszym kolejnym celem było Muzeum Historii Naturalnej. Podjechaliśmy autobusem do Hyde Park i stamtąd przeszliśmy pieszo do muzeum odwiedzając po drodze fontannę upamiętniającą księżną Dianę, a także Albert Memorial. Z zewnątrz udało nam się również zobaczyć Royal Albert Hall - salę koncertową.







Wstęp do Muzeum Historii Naturalnej i do sąsiedniego Muzeum Wiktorii i Alberta jest darmowy.
Sobota + darmowy wstęp = tłumy!
Mimo wszystko obydwa muzea naprawdę warto odwiedzić. Z tym, że jeśli ktoś ma więcej czasu, polecam jeden dzień na jedno, drugi na drugie. Dokładniej zobaczymy wszystkie wystawy, na spokojnie odwiedzimy wszystkie pomieszczenia. Obydwa muzea są ogromne, podzielone na wiele sal, posiadają setki eksponatów. My praktycznie przebiegliśmy po Muzeum Historii Naturalnej (pod koniec to już dosłownie!) żeby zdążyć jeszcze coś zobaczyć w drugim muzeum, zanim zostanie zamknięte.

Jeśli chodzi o Muzeum Historii Naturalnej to ogromne wrażenie robią ruszające się dinozaury! Ponadto są rewelacyjnie wykonane i wydają się jak żywe. Można się choć trochę poczuć jak w Parku Jurajskim. Na szczęście grzecznie stoją w wyznaczonych miejscach i nie przeszkadzają odwiedzającym ;)






Poza dinozaurami najbardziej zachwycił mnie dział z minerałami i kamieniami. Niektóre eksponaty były tak zadziwiające, że aż nie mogłam uwierzyć, że pochodzą z naszej planety. Kolory, kształty, połączenia różnych materiałów. To wszystko wyglądało totalnie niesamowicie!





Drugie muzeum - Wiktorii i Alberta, to największe muzeum sztuki i rzemiosła artystycznego w Londynie. W swojej kolekcji ma miliony eksponatów i jeśli chcemy dokładnie wszystko zobaczyć to w ogóle nie wyjdziemy... My mieliśmy stanowczo za mało czasu i zobaczyliśmy jedynie ułamek tego, co jest oferowane.



Lało i lało. Muzea już zamknięto, nie bardzo mieliśmy możliwość żeby gdzieś się schować. Postanowiliśmy się nie poddawać (przecież się nie rozpuścimy!) i ruszyć nad Tamizę by zobaczyć jak wygląda miasto o zmierzchu. Podjechaliśmy autobusem pod Vuxhall Bridge, przeszliśmy na drugą stronę rzeki i wzdłuż niej doszliśmy aż do Westminster Bridge. Po drodze minęliśmy między innymi przepięknie oświetlony Lambeth Palace.






Oświetlony Pałac Westminster wygląda przepięknie, natomiast nie mogliśmy sobie zrobić tak ładnego zdjęcia jak zwykle spotykane jest na pocztówkach ze względu na znajdujący się pod rusztowaniami Big Ben. Szkoda. Pojedziemy innym razem i zrobimy zdjęcia jak wieża zostanie wyremontowana.





Powoli kończył się nasz pierwszy dzień zwiedzania. W drodze powrotnej na dworzec metra, zatrzymaliśmy się jeszcze przy Westminster Abbey. Co tu dużo mówić. Mnie opactwo zauroczyło całkowicie. A jeszcze na dodatek przestało padać więc mogłam pstrykać i pstrykać bez ograniczeń :)






Niedziela, zgodnie z prognozą pogody, przywitała nas pięknym słońcem. Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę z przewodnikiem w ramach Free Tour. Spotkanie było umówione w pobliżu stacji metra Covent Garden. Mając rewelacyjne doświadczenia z tego typu wycieczkami po wizycie na Islandii i w Sztokholmie, mieliśmy nadzieję, że tutaj też będzie świetnie. Niestety. Grupa była bardzo duża, przewodnik kiepsko nad nią panował i nie bardzo umiał zaciekawić słuchaczy. Chodziliśmy tak naprawdę tylko dlatego, że i tak chcieliśmy iść w te same miejsca, a jednak coś nie coś mogliśmy się ciekawego dowiedzieć.









Zaczęliśmy od przejścia na Trafalgar Square gdzie zobaczyliśmy National Gallery. Niedziela, piękna pogoda, ciepłe słonko... To nie tylko wspaniałe warunki do zwiedzania. To przede wszystkim świetna okazja by wyjść z domu, usiąść gdzieś na mieście ze znajomymi i miło spędzić czas. Nic dziwnego, że na Trafalgar Square spotkaliśmy mnóstwo ludzi. Rodziny z dziećmi, grupy młodzieży, osoby starsze siedzące na ławeczkach. Widać, że wszyscy pragną słońca :)







Później udaliśmy się w stronę Buckingham Palace po drodze przechodząc przez St. James's Park oraz mijając Pałac o tej samej nazwie, który kiedyś pełnił funkcję głównej siedziby rodziny królewskiej. Kiedy tak szliśmy zobaczyliśmy ogromny tłum ludzi stojących w kolejce. Zaciekawieni spytaliśmy przewodnika co się dzieje. Okazało się, że są wybory w Brazylii i ci ludzie czekają w kolejce żeby zagłosować! Nie wiem co było bardziej zaskakujące, ich godna naśladowania postawa czy sam fakt, że jest tak dużo Brazylijczyków w Londynie.








Buckingham Palace pojawił się na naszej trasie w tej kolejności nie przez przypadek. Chcieliśmy zdążyć na zmianę warty. Co mnie zaskoczyło, to w porównaniu do zmiany warty w Sztokholmie, ta była bardzo krótka. Dosłownie kilka minut i już. W dodatku gdyby nie to, że na chwilę odłączyliśmy się od grupy to w ogóle byśmy jej nie zobaczyli. Nasz przewodnik stanął w takim miejscu, że zupełnie nic nie byłoby widać...



I to właściwie koniec zwiedzania. Przeszliśmy jeszcze na Parliament Square Garden, przewodnik powiedział kilka słów o zabytkach dookoła i tyle. Koniec. Jak dla mnie, było fatalnie. Nie zachwyciło nas to, nie zaciekawiło. Liczyliśmy na coś więcej, a później to już tak naprawdę wyczekiwaliśmy końca... Trochę szkoda bo do tej pory, tego typu wycieczki były fantastyczne.

Uff. Koniec :) Teraz chodzimy sami. Zaczęliśmy od pubu! Wypiliśmy po piwku, które, nawiasem mówiąc, było strasznie słabe (a nazywało się London Pride - duma Londynu...). Jednak, jesteśmy w Londynie, nie wypada pominąć wizytę w pubie. Byliśmy nieopodal Westminster Abbey więc poszliśmy zobaczyć jak prezentuje się w dzień. I już sama nie wiem, czy ładnej wygląda wieczorem, czy w dzień?






Już mieliśmy iść dalej, ale Adrian znalazł przejście, gdzie można było wejść na jej teren. Nie do środka, bo było zamknięte, ale mogliśmy przejść dookoła. Wejście znajduje się w bocznej uliczce po prawej stronie. Gorąco polecam bo jest naprawdę pięknie!






Naszym kolejnym celem było Muzeum Dzieciństwa. To miejsce, gdzie znajdziemy zabawki nawet sprzed kilkuset lat. Całe mnóstwo drewnianych domków dla lalek, koniki na biegunach, samochody, klocki, lalki, misie... Wszystko czym bawiły się dzieci w najróżniejszych miejscach na świecie. Rewelacyjne miejsce dla dzieci, ale i dla dorosłych, którzy z pewną nostalgią mogą wrócić do czasów dzieciństwa.





I to już prawie koniec. Ostatnim punktem na naszej trasie był Tower Bridge znajdujący się przy Tower of London - twierdzy wpisanej na listę światowego dziedzictwa narodowego UNESCO. Nie wchodziliśmy do środka, trochę zniechęciły nas ceny biletów - 24 funty od osoby. Zresztą nie mieliśmy już czasu, trzeba było wrócić i szykować się na samolot. Pod twierdzą spróbowaliśmy słynnego angielskiego fish&chips. Ryba z frytkami. Niby nic specjalnego, ale w gruncie rzeczy całkiem smaczne. Jeszcze tylko szybkie zdjęcie z mostem! Poczekaliśmy chwilkę w nadziei, że się otworzy, ale nie tym razem. Może przy kolejnej wizycie dopisze nam więcej szczęścia :)

























Komentarze

  1. Ciekawy opis Londynu, sama tam nie byłam i teraz jeszcze bardziej chce pojechać

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz