Majorka na weekend - co warto zobaczyć.

Czaiłam się na Majorkę już od jakiegoś czasu. Przeglądałam tanie loty, czartery, a nawet zdarzało mi się zerkać na oferty zorganizowanych wycieczek. Ale jakoś ciągle nie było terminu, okazji, głębszej motywacji. W końcu stwierdziłam, że chyba na razie odpuszczę, poszukam innego kierunku. I wtedy znalazłam fajną ofertę z Berlina, termin też mi pasował. Cóż zrobić, zabukowałam :)

Miałam na miejscu spędzić 3 dni i jak zwykle chciałam zobaczyć jak najwięcej. Powstawało pytanie jak będę się przemieszczać. Początkowo planowałam komunikacją miejską, ale z czasem, za namową koleżanki, zdecydowałam, że będę odważna i wypożyczę auto. Sama. Na obcej i górzystej (!!!) wyspie. Moja rodzina pukała się w głowę, ale skoro już postanowiłam to nie było odwrotu. Przy pomocy rentalcars zarezerwowałam Toyotę Aygo i bardzo podekscytowana czekałam na termin wyjazdu. W międzyczasie na mapach Google "chodziłam" ludzikiem po wyspie i z coraz większym przerażeniem patrzyłam na serpentyny drogowe... No nic. Powiedziało się przygodzie A, trzeba powiedzieć też B. Fatalnym kierowcą nie jestem, ludzie dają radę, ja też muszę :)

Nocny przejazd do Berlina Flixbusem za 80 zł, 3 godziny lotu za 90 zł i jestem. Powitało mnie ciepłe, hiszpańskie, a właściwie majorkańskie słońce. Na dzień dobry miałam problemy ze znalezieniem wypożyczalni... Po chwili, kiedy byłam już nawet w trakcie rezygnacji z auta, udało mi się odszukać busik, który zawiózł mnie do centrum, do siedziby wypożyczalni. Tam okazało się, że Toyota Aygo nie jest dostępna i w zamian będę się poruszała Fordem Focusem. Wydał mi się taki duży w stosunku do Seicento, którym jeździłam na co dzień ;) Zdecydowałam się na wzięcie dodatkowego ubezpieczenia co okazało się bardzo dobrą decyzją. Kosztuje ok. 90 euro i daje gwarancję, że niezależnie co się stanie z moim samochodem lub cudzym, pokrywane są wszelkie koszty. Ja wróciłam z rysą na 10 cm i nawet o tym nie wiedziałam. Ktoś zarysował mnie od strony pasażera, a jeżdżąc sama nie korzystałam z tych drzwi. Gdybym nie miała tego ubezpieczenia zabraliby mi kaucję 700 euro. Tak więc, opłaca się. Samo wypożyczenie samochodu kosztowało mnie 100 zł na 3 dni. W sumie z dodatkowym ubezpieczeniem wyszło prawie 500 zł. Dużo, ale byłam spokojna i nie musiałam się zupełnie niczym przejmować. No i 500 to nie to samo co prawie 3000. Załatwiłam wszystkie formalności i pojechałam.

Opóźnienie samolotu, problemy z dotarciem do wypożyczalni, papierki dotyczące wypożyczenia... To wszystko sprawiło, że pierwszy dzień zwiedzania nie wyglądał tak, jak sobie zaplanowałam. Skoro tak, to postanowiłam się nie spieszyć. Jestem w kraju, gdzie nikomu do niczego się nie spieszy, ja mogę zachowywać się tak samo! Na spokojnie pojechałam do Lidla, zrobiłam zakupy na 3-dniową wycieczkę (kolejne 20 zł - oszczędzamy!) i ruszyłam w głąb wyspy. Majorka jest na tyle mała, że objechanie jej dookoła zajmie max.12 godzin. Tylko, wiadomo, bez wysiadania :) Ja jechałam na spokojnie. W 3 dni wszystkiego nie da się zobaczyć, chciałam chociaż trochę. Tyle ile się da, ale bez szaleństwa.

Zwiedzanie Majorki część 1 - centrum i wschód

Rozpoczęłam od Felanitx, małego miasteczka na południowym wschodzie wyspy. Zatrzymałam się tam dosłownie na chwilę bo zaintrygował mnie wiatrak przy drodze. Swoją drogą, wiatraki na Majorce są wszędzie! I trzeba przyznać, że niektóre są bardzo ładne i zadbane. Miasteczko okazało się spokojne, urokliwe, ale przede wszystkim bardzo puste. Właściwie nikogo nie było na ulicach, dosłownie kilka osób spotkałam na centralnym placu miasta przy stolikach restauracyjnych. Chciałam odwiedzić główny kościół w mieście, ale było już późno i był zamknięty. Zrobiłam sobie więc jedynie mały spacer i pojechałam dalej w kierunku Porto Cristo.


Powoli robiło się ciemno, trzeba było znaleźć miejsce na nocleg. Wcześniej jednak jeszcze miałam w planach odwiedzenie którejś z zatoczek na zachodnim brzegu wyspy. Jak urlop to koniecznie kąpiel! Wybór padł na Cala Romantica, która nie tylko miała przepiękną plażę otoczoną wysokimi skałami, ale także darmowy parking. Było to idealnym rozwiązaniem bo z samego rana, zaraz jak tylko wyszło słonko, mogłam pójść i przed wszystkimi w spokoju się wykąpać :) A spałam w aucie. Najtaniej i najsensowniej. Może nie najwygodniej, ale przeżyłam. W przyjemnie ciepła woda zrekompensowała wszelkie niedogodności ;)




Po kąpieli ruszyłam już w stronę miasta. Moim celem były przede wszystkim, znajdujące się po drodze, największe i najbardziej znane jaskinie Cuevas del Drach. Ich podziemne korytarze ciągną się przez 2,4km! Robią ogromne wrażenie, ale główną atrakcją jest podziemne jezioro Martel, nazwane na cześć odkrywcy. Poza tym, że samo w sobie jest niesamowite to ma jeszcze dwie dodatkowe rewelacyjne cechy. Po pierwsze, w łódkach siedzą muzycy i grają dla odwiedzających krótki koncert, a po drugie, ostatni odcinek zwiedzania można w łódkach przepłynąć. Pod tymi wszystkimi formacjami skalnymi! Super! Bardzo gorąco polecam. Aktualne ceny znajdują się zawsze na stronie internetowej.











Porto Cristo, czyli po prostu Port Chrystusa ma dwie legendy dotyczące swojej nazwy. Pierwsza opiera się na tym, że w XIII wieku, podczas podboju wyspy przez chrześcijan, właśnie tutaj wylądowała łódź z krucyfiksem. Natomiast druga mówi, że dwa woły, niosące figurkę Chrystusa do Palmy, zatrzymały się na tych terenach i nie chciały iść dalej. W związku z tym zostawiono figurkę i na pamiątkę tego wydarzenia miasto poświęcono Chrystusowi. Mnie urzekło spokojem i pięknymi krajobrazami. Przeszłam się nabrzeżem portowym, popatrzyłam na luksusowe jachty, posłuchałam szumu morza... Pełen relaks w dość turystycznym miejscu.




Kolejnym celem mojej wycieczki był Manacor. Jest to drugi co do wielkości ośrodek miejski na wyspie i ma charakter przemysłowy. Znany jest przede wszystkim z fabryki sztucznych pereł. Wejście jest bezpłatne, ale nie byłam. Bo siesta i zamknięte. W samym sercu miasta znajduje się przepiękny kościół Parroquia de la Mare de Deu dels Dolors de Manacor. Piękny jest przynajmniej z zewnątrz. W środku nie byłam bo siesta. Lekko wkurzona zawędrowałam na halę targową - wiadomo, jedzenie zawsze poprawi humor. Kupiłam tam największe suszone daktyle jakie w życiu widziałam. W dodatku były przepyszne! Chociażby dlatego warto było odwiedzić to miejsce. Manacor ma również bardzo ciekawy układ ulic. Wszystkie tworzą pewnego rodzaju kręgi więc jeśli się nie zjedzie w inną, można jeździć cały czas dookoła miasta. Sama tego doświadczyłam. GPS lekko się skołował ;)









Jechałam dalej. Następny krótki przystanek zrobiłam sobie w małej, ale prześlicznej miejscowości Petra. Miasteczko jest niepozorne, ale słynne na całym świecie za sprawą Junipera Sierry, który się tam urodził. Kim był? Zakonnikiem, który zakładał pierwsze misje między innymi w Kalifornii, np. w San Francisco. Co zaskakujące, Petra jest wręcz wypełniona jego obecnością. Podobizny są na ścianach, obrazy w oknach, transparenty na balkonach. I to nie na jednej ulicy czy dwóch. Wszędzie! W Petrze znajduje się muzeum poświęcone zakonnikowi. Mieści się w jego rodzinnym domu i kiedy przyszłam tam sugerując się wskazówkami na mapie, było otwarte. Ucieszyłam się, że będę mogła w końcu coś zobaczyć. Weszłam do środka, rozejrzałam się i bardzo szybko się wycofałam bo w rzeczywistości weszłam do czyjegoś mieszkania. Zorientowałam się o tym w momencie, gdy zobaczyłam stojącą na szafce... mikrofalówkę. Cóż, zakonnik 300 lat temu raczej jej nie miał ;) A muzeum było zaraz obok. Oczywiście zamknięte, bo siesta...










Powoli robiło się późno, a miałam przed sobą jeszcze dwie miejscowości zanim chciałam szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Port d'Alcudia i Alcudia są położone bardzo blisko siebie, ale trzeba przyznać, że są skrajnie różne. Pierwsza z nich, Port d'Alcudia to miasto typowo turystyczne. Pełno jest tutaj knajpek, hoteli, turystów. Na wjeździe do miasta znajduje się nawet Park Wodny.




Natomiast druga miejscowość, Alcudia, zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Cicho, spokojnie, piękne budowle. Starówka otoczona jest średniowiecznymi murami, a do jej wnętrza prowadzą piękne bramy jak chociażby Porta del Moll. Wśród uliczek odnalazłam to, czego szukałam przez cały dzień na wyspie. Ogromny spokój, fantastyczny klimat i przytłaczającą siłę miasta. Widać i czuć było historię gdyż otaczała mnie na każdym kroku. I wreszcie jakiś otwarty kościół! Dużo radośniejsza jechałam dalej, do ostatniej atrakcji, która czekała na mnie w tym dniu.











Robiło się ciemno. A ja zaczynałam wjeżdżać na serpentyny... Przez pewien czas droga była oświetlona latarniami, ale im dalej jechałam tym było coraz ciemniej, a latarni coraz mniej. Odważnie pięłam się pod górę w kierunku punktu widokowego o nazwie Mirador Es Colomer. Odważnie choć z ogromnym stresem. Chyba pierwszy raz w życiu czułam coś takiego. Najgorzej było jak zza zakrętu wyłaniał się samochód, a ja akurat znajdowałam się nad przepaścią. Wtedy wyraźnie czułam co to znaczy "mieć duszę na ramieniu"...
Dojechałam.
I kurcze, warto było. Bo przyjechałam akurat na zachód słońca. I gdybym odpuściła i pojechała z rana to nie byłoby takiego efektu. Nie zobaczyłabym tych pomarańczowych świateł oświetlających skałę. Nie widziałabym jak przez zachodzące słońce, góra sprawia wrażenie jakby płonęła. Nie byłabym praktycznie sama w popularnym miejscu. A dzięki odwadze i determinacji mogłam tego wszystkiego doświadczyć. I to jest coś, co chyba najbardziej lubię podczas podróżowania. Zwłaszcza jak podróżuję sama. Że po pokonaniu własnych słabości, po powiedzeniu sobie "Mogę! Dam radę, potrafię to zrobić!", przychodzą takie chwile. Gdy wiem, że mój wysiłek się opłacił i jestem bezgranicznie szczęśliwa.














Komentarze

  1. Majorka jest cudowną wyspą.Objechaliśmy ją całą,zresztą jest mała.
    Ciepło,cudownie,malowniczo,wspaniałe widoki na zachodnim wybrzeżu.
    Pięknie ją pokazałaś.
    Pozdrawiamy i zapraszamy na nasz blog podróżniczy:
    https://hooltayewpodrozy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest pięknie, ale mnie nie porwała. Czegoś mi zabrakło i mimo wszystko nie jestem usatysfakcjonowana po tej podróży. Chociaż widoki rzeczywiście przepiękne :) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy wpis! Byłam na Majorce kilka lat temu, przepiękna wyspa! Twój artykuł i zdjęcia przywróciły wspomnienia! :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz