Tam gdzie ziemia bulgocze.

Coraz bardziej zagłębiamy się w dzikie tereny wyspy. Dalej i dalej. Tam gdzie ziemia bulgocze, gdzie wciąż można spotkać czynne wulkany, gdzie z jednej strony góry są przepiękne, soczyście zielone trawy, a z drugiej dymiąca, popękana ziemia. Coraz mniej turystów i zabudowań, coraz więcej owiec ;)

Dzień rozpoczął się z przytupem. Mój (szalony!!!) brat stwierdził, że mamy jedyną i niepowtarzalną okazję żeby wykąpać się w lodowatym Oceanie Arktycznym. W sumie miał trochę racji bo to faktycznie był jedyny dzień kiedy mieliśmy taką możliwość. Jednak byłam przekonana, że kilka sekund (bo przecież dłużej nikt nie wytrzyma w tej temperaturze) będzie skutkowało co najmniej przeziębieniem o ile nie czymś dużo gorszym. No ale się uparł więc stwierdziłam, że trudno, najwyżej do końca pobytu będę go faszerować mieszanką gripexu, fervexu i aspiryny...

Wyszukaliśmy odpowiednie miejsce, minęliśmy ciekawskie owce i doszliśmy do plaży. Czarek twierdzi, że woda nie była taka zła. Dla mnie sam pomysł żeby zdejmować moje 3 warstwy ubrań był przerażający, a co dopiero wchodzić do wody, która miała jakieś 5 stopni! Zamoczyłam tylko rękę i uważam, że jak na mnie to i tak bardzo odważnie ;) Za to mój brat pływał kilka minut... Miałam ogromną nadzieję, że nie skończy się to zapaleniem płuc... Na szczęście do końca wyjazdu nic mu nie było. A jaki był szczęśliwy!




Pierwszym prawdziwym przystankiem związanym ze zwiedzaniem był wodospad Godafoss. Przyjechaliśmy z rana, nie było praktycznie w ogóle ludzi. Trochę przerażające jest to, że przy tak ogromnym wodospadzie nie ma żadnych zabezpieczeń. Można podejść pod samą krawędź, jeden nieuważny ruch i lecimy kilkanaście metrów w dół, wprost w kotłującą się wodę. Wydaje mi się, że Islandczycy trochę na wyrost podchodzą do inteligencji ludzi i do ich oceniania ryzyka. Praktycznie każdy podchodzi jak najbliżej się da, jak najdalej, jeszcze jeden krok. Bo wodospad taki piękny, bo zdjęcia muszą wyjść ładnie. A przecież tak nie wiele brakuje do tragedii...






Jedziemy dalej. Kolejne miejsce, w którym się zatrzymujemy to, znajdujący się nad jeziorem Mývatn, park Skútustaðagígar. Tysiące lat temu płynęła tędy lawa i na skutek wyparowania wody powstał lej wyglądający jak wulkan. Stąd określenie, że jest to pseudokrater. Samo jezioro, nad którym spędzamy poranek, jest prześliczne. W dodatku mamy podwójne szczęście. Po pierwsze, świeci słońce co dla Islandii jest totalnie nietypowe. Po drugie, nazwa jeziora oznacza Jezioro Komarów, a my nie spotkaliśmy ani jednego. To również jest niespotykane! Zwykle podobno są ich tu setki.







Objeżdżaliśmy jezioro coraz bardziej głodni. Wyruszyliśmy rano bez śniadania żeby po drodze znaleźć ładne, ustronne miejsce ze stolikiem i zjeść w otoczeniu pięknej scenerii, a tu jak na złość nigdzie nie było miejsca żeby się zatrzymać. W końcu, nieopodal naszej następnej atrakcji, znaleźliśmy fantastyczne miejsce. Tylko dwa stoliki, jezioro, góry i oczywiście owce. Standard ;)





Najedzeni, ale wciąż głodni wrażeń ruszyliśmy dalej. Nasz kolejny przystanek - park Hofdi. Przepiękne formacje skalne odbijające się w tafli jeziora. Zielona trawa, "dzikie" owce, gatunki ptaków, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Cisza, spokój, kompletny brak turystów. Taka Islandia najbardziej nam się podoba!






Kolejnym przystankiem było miejsce o mrocznej nazwie Dimmuborgir. Nazwa oznaczająca "Mroczne fortece" kojarzy się mrocznie nie tylko ze względu na charakter miejsca, ale również na norweski zespół metalowy. Podobno po przyjechaniu na Islandię i zobaczeniu skał, zdecydowali nazwać zespół właśnie od tego wulkanicznego wzgórza.
Skały robią ogromne wrażenie. Wszystko przez wulkan, który wybuchając kilkaset lat temu uformował je w charakterystyczne, upiorne kształty. Musi tu być strasznie zwłaszcza o zmierzchu. Na szczęście latem nam to nie groziło ;)









Jezioro Mývatn nie jest zbyt duże, jego powierzchnia to 37 km kwadratowych ale objechanie zajęło nam z przystankami kilka godzin. Bo przecież co chwila trzeba gdzieś stanąć, zrobić zdjęcie, ustąpić upartym owcom... I tak schodzi dzień. Dobrze, że jest długo widno i nie musimy się martwić, że nie zdążymy zobaczyć jakichś atrakcji. Mamy też czas na małe przyjemności takie jak kąpiel w gorących źródłach!









Na Islandii jest kilkaset miejsc, gdzie można wykąpać się w gorących źródłach - ogrzewanych naturalnie ciepłem z wnętrza Ziemi. My na swojej drodze spotkaliśmy ich kilka, a najbardziej podobało nam się nieturystyczne miejsce Stóragjá. Jest położone nieopodal jeziora w miejscowości Reykjahlíð. Mimo, że można je odnaleźć na Google Maps, mieliśmy olbrzymi problem żeby trafić do wejścia. Zostawiliśmy auto na parkingu i udaliśmy się pod współrzędne 65°38’18.39″N 16°54’35.45″W. Tam okazało się, że jest drabinka żeby zejść głębiej w skały, ale nie ma szukanego przez nas źródła. Dopiero po kilkunastu minutach udało nam się znaleźć wejście! Po zejściu z drabinki trzeba iść w lewo przez krzaki i po pewnym czasie po lewej stronie będą dwie skały z dziurą i to właśnie tam jest wejście. Woda - rewelacja! Ciepła, przyjemna, wspaniała żeby się trochę zagrzać, a jednocześnie po wyjściu nie doznać szoku ;) Przez ponad godzinę pluskaliśmy się w wodzie, a wychodząc spotkaliśmy... Polaków mieszkających na Islandii, którzy przyjeżdżają w to miejsce co weekend. Nawiasem mówiąc, Polacy na Islandii są wszędzie. W każdym sklepie, na stacjach, w barach, hotelach. Dosłownie wszędzie!


W pobliżu naszego gorącego źródła znajduje się jego matka - Grjotagja Cave. Dzięki niej mieliśmy możliwość skorzystać z ciepłej wody, a był to tylko ułamek mocy. W tej niewielkiej grocie woda osiąga temperaturę 50 stopni! Nie można się tutaj jednak kąpać. Za to samo miejsce, gdzie ze szpar w skałach unosi się dym, robi wrażenie. Tam wszystko aż buzuje! I przygotowuje się do wybuchu. Pytanie, kiedy on nastąpi?



Nasz ostatni punkt dzisiejszego dnia to obszar geotermalny Krafla. Początkowo był tak nazywany (wciąż aktywny!!!) wulkan, a z czasem zaczęto określać w ten sposób cały aktywny obszar. To miejsce jest niesamowite i przerażające zarazem. Idziemy sobie spokojnie przez pole lawowe Leirhnjúkur, a pod nami ziemia bulgocze, z szarego błota tworzą się bańki. Wygląda to wszystko jak z zupełnie innej planety. A kilka metrów dalej - piękna, soczyście zielona trawa. Miejsce pełne kontrastów. Jak dla mnie magiczne, nadzwyczajne!





Kilka metrów dalej widzimy prawdziwy cud natury. Krater Viti wypełniony przepiękną, turkusową wodą. W języku islandzkim jego nazwa oznacza piekło i mieszkańcy wyspy przez wiele lat wierzyli, że w jego wnętrzu znajdują się wrota piekieł. Oczywiście to nieprawda, a kolor wody bardziej przypomina niebo i cudownie się mieni w blasku słońca. 




Na terenie obszaru znajduje się elektrownia geotermalna. Miejsce z jednej strony idealne, a z drugiej ryzykowne. Już jej budowa stała pod znakiem zapytania bo kilka kilometrów dalej miała miejsce erupcja wulkaniczna. Na szczęście budowę ukończono, a dziś poza oczywistą funkcją stanowi atrakcję dla turystów.






Koniec atrakcji na dziś. Chcieliśmy pojechać trochę dalej, żeby następnego dnia mieć bliżej do kolejnej atrakcji, ale w czasie drogi okazało się, że stacja benzynowa jest na tyle daleko, że może nam nie wystarczyć paliwa na kolejny dzień. Postanowiliśmy zawrócić do miasta i zatankować żeby bez problemów następnego dnia jechać dalej i dalej. Kiedy wracaliśmy, pękła... nie. Wybuchła nam opona. Od środka. Co najlepsze, jakieś 800 metrów od warsztatu samochodowego. I... co za niespodzianka, prowadzonego przez Polaków. Powiedzieli, że nie wymienią nam koła, że powinien załatwić to właściciel, a że nie mieliśmy koła zapasowego to był problem. Zadzwoniliśmy do Pana Piotra, a ten po krótkim zastanowieniu powiedział, że przyjedzie. Nie było szans żebyśmy pojechali dalej, stanęliśmy pod warsztatem i czekaliśmy aż rano nasza sytuacja się odmieni...




Komentarze

  1. Natura piękna i dzika. Widzę, ze nawet spacerującego kulika spotykaliście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, jest cudownie i dziko ;) A spacerujących ptaszków było bardzo dużo. I w ogóle się nie bały!

      Usuń
  2. Jestem pod wrażeniem brata! A te krajobrazy to chciałabym obejrzeć co najmniej na wielkim ekranie! Za każdym razem jak oglądam zdjęcia z Islandii, to myślę sobie, że jednak mimo tego, że zdecydowanie to nie są tropiki w moim stylu, to warto tam jechać 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto! Naprawdę! Widoki wynagradzają wszystko. I zimno i "mokrość" ;) Jest cudownie i ciężko znaleźć drugie takie piękne i dzikie miejsce tak blisko nas ;) Warto jechać póki jeszcze nie jest bardzo zadeptana...

      Usuń
  3. Moja ukochana Islandia! Po zdjęciach widzę że poszczęściło się Wam z pogodą - w trakcie naszych dotychczasowych trzech podróży aura głównie w kość dawała, ale i tak było pięknie :) Jednak na kąpiel w oceanie nawet w trakcie najcieplejszego islandzkiego dnia bym się nie zdecydowała! Podziwiam brata za odwagę i samozaparcie ;) I współczuję przygody z oponą... Co do Polaków - rzeczywiście mnóstwo rodaków można tam spotkać, ale nic dziwnego - jesteśmy najliczniejszą mniejszością narodową na Islandii. Stanowimy już chyba ponad 10% mieszkańców! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak i w dodatku bardzo nas lubią z tego co opowiadali ;) Jesteśmy pracowici i pomocni. Także fajnie, że mają o nas takie dobre zdanie. Co do pogody... Przez cały tydzień mieliśmy cudowne słońce. Tylko ostatniego dnia w Reykjawiku padało ;) Coś czuję, że należymy do ludzi "w czepku urodzonych" ;)

      Usuń
  4. Nie wiem czy brat szalony, raczej chyba chwyta życie za rogi:))
    Gratuluję odwagi i spontaniczości:)
    A zdjęcia wodospadu świetne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwyta życie to pewne. Ale przy tym przyprawia siostrę o mikrozawał ;) Ale młody jest, niech korzysta :D

      Usuń
  5. Przepiękne zdjęcia! Od dłuższego czasu marzę o podróży na Islandię. Mieliśmy nadzieję, że uda się w tym roku, jednak przez brak czasu przełożyliśmy podróż. Bardzo chciałabym odwiedzić Islandię w czasie występowania zorzy polarnej. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Islandia jest cudowna i latem i zimą ;) My próbowaliśmy zobaczyć zorzę w lutym, ale cały czas pełno chmur było... No nic, na pewno wrócimy :) Bo przyciąga :D

      Usuń
  6. Cudne miejsca, piękne widoki. Jak się czyta, to wydaje się, że cała wycieczka migusiem minęła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak właśnie było! Niby tydzień, a jak z bicza strzelił :D

      Usuń

Prześlij komentarz