Nieturystyczne Monopoli

Do Monopoli przyjechałam praktycznie prosto z lotniska w Bari (z małym przystankiem w Polignano a Mare). Bilet kolejowy kosztował 3,20 euro, a czas bezpośredniego przejazdu z Bari to około 30-40 minut.

Monopoli jest fantastyczną bazą wypadową. Po pierwsze znajduje się bardzo blisko lotniska, a po drugie w promieniu około 40 km są wszelkie największe atrakcje całego regionu Apulii. Wypożyczając samochód można bez problemu w ciągu kilku dni objechać wszystkie atrakcje. Ja poruszałam się pociągami i autobusami więc wiedziałam, że nie uda mi się zobaczyć tak zupełnie wszystkiego, ale plan miałam i tak mocno napięty. A zaczynałam właśnie od Monopoli...

- Ola! Cześć!
- yyy cześć!

Tak powitał mnie Statis na dworcu kolejowym. Po pierwszym szoku przyszedł szeroki uśmiech. Statis ma taką osobowość, że po prostu nie da się nie uśmiechać w jego towarzystwie. Kontakt do niego dostałam od Agnieszki, którą poznałam w Hiszpanii. Jeszcze w Polsce napisałam, że wybieram się do Monopoli i może zna kogoś u kogo mogłabym przenocować... Okazało się, że uwielbia Polskę i Polaków, a że uczy się polskiego to nasze rozmowy były właśnie po polsku. Powiedział, że bez żadnego problemu mogę zostać u niego. Myślałam, że chodzi o pokój, a okazało się, że zostanę w drugim, zupełnie innym mieszkaniu, z własną kuchnią, łazienką, wielkim balkonem z pięknym widokiem. I to w dodatku kilka kroków od stacji kolejowej. Super! Byłam naprawdę zachwycona i niesamowicie wdzięczna za gościnność i okazane dobre serce!

Statis musiał jeszcze coś załatwić więc umówiliśmy się, że później się zobaczymy i razem zwiedzimy miasto. W międzyczasie sama postanowiłam przejść się i trochę pozwiedzać. Monopoli jest po prostu urocze. To chyba najlepsze określenie dla tego miasteczka. Wszechobecne są małe, wąskie, typowo włoskie uliczki. Czasem kilka z nich spotyka się na małych placach, na których w restauracyjkach siedzi mnóstwo osób. Często stolików i krzeseł jest o wiele za dużo w jednym miejscu i nie wiadomo kto siedzi w jakiej restauracji więc tak naprawdę wszyscy siedzą razem. Do tego muzyka na żywo, unoszący się zewsząd zapach pizzy - tak, zdecydowanie jestem we Włoszech!




Krążyłam po tych uliczkach całe popołudnie. Gubiłam się, odnajdywałam, znowu gubiłam. To takie piękne, że można tak właśnie krążyć i krążyć, cały czas odkrywać coś nowego, jakieś niewidziane wcześniej zakamarki. To właśnie bardzo lubię we Włoszech. Co chwila widzę coś nowego. Nawet jeśli przechodziłam obok tego miejsca kilka razy.


Co jest bardzo ważne i bardzo pozytywne - nie ma wielu turystów. A przynajmniej w ogóle się tego nie czuje. Jest bardzo rodzinnie, wszyscy uśmiechają się przyjaźnie, traktują mnie jak jedną z mieszkanek. Nie ma zapraszania do stoisk, zaczepiania. Z lekkim pobłażaniem patrzą na mnie jak pstrykam co chwilę zdjęcia.

Czekając na wiadomość od Statisa poszłam jeszcze zwiedzić kilka kościołów, między innymi Katedrę Maria Santissima della Madia. Katedra, a zwłaszcza jej wieżą, robią o wiele większe wrażenie z zewnątrz, ale mimo wszystko warto je odwiedzić. Kolejnym miejscem, które odwiedziłam był Chiesa del Purgatorio - kościół Czyśćca. Nie wiedziałam gdzie wchodzę. I trochę się przeraziłam, bo temat śmierci jest wszechobecny. We wnętrzu, zaraz przy wejściu, można zobaczyć zabalsamowane ciała! To wszystko robi trochę przerażające wrażenie...






Szłam dalej, aż doszłam do jednego z najsłynniejszych placów w mieście - Largo Palmieri. Na placu odbywał się jakiś mały festyn, było mnóstwo dzieci, kolorowo, wesoło. Ponadto stoi tam najpiękniejszy budynek w całym Monopoli - Palazzo Palmieri zbudowany w pięknym, barokowym stylu.






Spacerując po miasteczku odwiedziłam też zamek - Castello di Carlo V, który znajduje się nad brzegiem morza. Wstęp kosztował 5 euro i wewnątrz można było zobaczyć wystawę prac graficznych miejscowego artysty Joan Miro. Szczerze mówiąc nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia. Budowla o wiele bardziej podobała mi się z zewnątrz.



Już jak byłam na zamku zadzwonił Statis, że możemy się spotkać. Ponownie przeszliśmy się po mieście i znów mogłam zachwycać się urokliwymi uliczkami. Spytał czy byłam w Katedrze co oczywiście potwierdziłam, a potem czy byłam w jej kryptach. Hmm... no nie. Okazało się, że Statis ma tam znajomą, która nie tylko pozwoliła mi wejść, ale osobiście oprowadziła mnie po wnętrzu i ze szczegółami opowiadała o eksponatach. Nawiasem mówiąc, Statis ma znajomych wszędzie. Co chwila zatrzymywaliśmy się i kogoś pozdrawialiśmy, zamieniał kilka zdać, pięć metrów spokoju i znów kolejny znajomy :) 

Ze Statisem dogadywaliśmy się trochę po polsku, trochę po włosku, a trochę po angielsku. Było bardzo wesoło gdy któreś z nas nie mogło znaleźć odpowiedniego słowa i tłumacz Google pomagał ;) Spacerowaliśmy po mieście, wybrzeżu, wybraliśmy się też trochę za miasto żeby z pięknych klifów zobaczyć panoramę Monopoli o zachodzie słońca.




Pod wieczór poszliśmy na najlepsze lody w Monopoli. Nie pamiętam niestety nazwy lodziarni, ale lody były rzeczywiście przepyszne. Poza tym, jeśli chodzi o lody we Włoszech to one zawsze są pyszne. Naprawdę trzeba się mocno postarać by trafić na takie, które nie są.

Po pewnym czasie dołączyła do nas dziewczyna Statisa. Razem zabrali mnie na kolację, gdzie mogłam spróbować jednego z typowych dań dla regionu Apulii - panzerotto. To taki pierożek, smażony na głębokim tłuszczu z farszem z pomidorów, mięsa i sera. Trochę przypomina calzone tylko w zmniejszonej wersji. Bardzo, bardzo pyszne!


Wieczór szybko mijał, powoli nadchodziła noc i kończył się mój pobyt w tym urokliwym miasteczku. Moi nowi przyjaciele namawiali mnie żebym została dłużej, ale miałam już plany na kolejne dni i choć Monopoli jest piękne to nie mogłam zostać. Następnego dnia jechałam na chwilę do Locorotondo, a następnie do królestwa domków truli - Alberobello.




Komentarze