Camp w Maine czyli jak podreptałam za ocean

Zbliża się rocznica mojego najdłuższego wyjazdu. Z tej okazji chciałam trochę powspominać i opisać czas, gdy postanowiłam, że zmienię swoje życie i wyjechałam na drugi kontynent na prawie 4 miesiące.

Wszystko zaczęło się od pewnego listopadowego popołudnia, półtorej roku temu, kiedy poszłam na prezentację uczestnika programu Camp America. Program ten daje możliwość wyjazdu do Stanów do pracy, a następnie za zarobione pieniądze przez kilka tygodni można zwiedzać.

Musiałam coś zmienić. W moim życiu był dość trudny czas, szukałam punktu zaczepienia, impulsu, inspiracji. Przez kilka godzin słuchałam o Stanach, pracy z dziećmi, zwiedzaniu, spełnianiu marzeń. Z każdą kolejną chwilą czułam, że to coś dla mnie i lepiej trafić nie mogłam.

Po spotkaniu zarejestrowałam się do programu, zaczęłam zbierać odpowiednie dokumenty. Kilka miesięcy później pojechałam na targi pracy do Krakowa, dostałam się na camp (taki obóz dla dzieci) i rozpoczęłam odliczanie dni do wyjazdu.


Lecieliśmy z Polski w 5, ale każdy przylatywał w innym terminie. Tak wyszło, że trafiłam na camp pierwsza i po przylocie byłam totalnie przerażona. Myślałam sobie: nikogo nie znam, jestem sama
w wielkim kraju, nie dam rady, nie dogadam się. Po co ja tu w ogóle przyleciałam. Pierwszy dzień
 – straaaaszny. Próbowałam się otworzyć, rozmawiać z ludźmi, ale stres był okropny. Dzień później przyjechał Mateusz i już jakoś tak raźniej było. W razie czego mogliśmy nawzajem powspierać
w znanym nam języku. A później… A później było coraz lepiej i lepiej. Okazało się, że wyjazd był najlepszą możliwą decyzją, którą podjęłam w ostatnim czasie. Poznałam fantastycznych ludzi,
z Paulą, z którą mieszkałam i pracowałam udało nam się super dogadać. A przecież mogło być zupełnie inaczej. Spędzałyśmy ze sobą praktycznie 24 godziny przez kilka tygodni. Mogłyśmy się nie polubić i wtedy dla nas obu ten wyjazd byłby fatalny. Myślę, że dobrze trafiłyśmy J





Głównie pracowaliśmy w kuchni, zajmowaliśmy się przygotowywaniem posiłków, a następnie ich wydawaniem i dokładkami. Praca nie była ciężka, mieliśmy świetną atmosferę z pozostałymi współpracownikami. Panowały prawdziwie rodzinne relacje, zero stresu, dużo śmiechu i zabawy. No i co najważniejsze, mieliśmy nieograniczony dostęp do kuchni. Później, jak przyszło do pakowania
i część ubrań drastycznie się skurczyła, stwierdziliśmy, że może to nie było wcale takie fajne... Albo to wina, bardzo popularnej w Stanach, automatycznej suszarki.


  
Pierogi ruskie przygotowane specjalnie na wieczór Polskiej Kuchni. Amerykanie są nimi zachwyceni!


Polska kiełbasa z grilla :)


A tak na campie gotowała się zupa...

Camp O-AT-KA, na którym pracowaliśmy, znajduje się w stanie Maine. Cały czas śmiałam się, że to takie amerykańskie Mazury. Dużo lasów, jeziora, cisza, spokój. Ponadto była nas 5 z Polski więc rozmowy cały czas toczyły się w naszym języku. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie Amerykę. Nie było wielkich wieżowców, nie było hałasu, pośpiechu. Za to było spokojnie, cicho i rodzinnie.
Czas wolny spędzaliśmy na różne sposoby. Pływanie po jeziorze, spacery, gry, wycieczki. Odwiedzaliśmy okoliczne miejscowości, najwięcej czasu spędziliśmy w Portland. Mieliśmy też zorganizowany wyjazd pracowniczy na mecz baseball i rejs statkiem.






Czas mijał i powoli nadchodził koniec. Mieliśmy mieć kilka dni wolne, później musieliśmy wrócić na dodatkowe imprezy, które były organizowane po zakończeniu campu i wyjeździe dzieci. A potem przyszedł już czas na podróż, podczas której chcieliśmy rozciągnąć dobę i zobaczyć jak najwięcej!
O tym w kolejnych postach.

Komentarze